Miałam taką szaloną biolożkę w podstawówce, która wszystko, absolutnie wszystko chciała pakować do formaliny. Wzdłuż całej ściany gabinetu biologii pod sufit piętrzyły się śmierdzące słoje świńskich przełyków, nerek, jelit, kurzych zarodków na wszystkich etapach rozwoju, gałek ocznych, serc i wszelkiej maści robali.
Niektóre ósmoklasistki przechodziły obok regału tyłem, niektóre mdlały, w mojej pamięci natomiast utkwiły na zawsze tasiemce, glisty i motylica wątrobowa wypożyczona zapewne uprzejmie od jakiejś krowy.
Z całej tej edukacji pozostało mi przekonanie, że pasożyty żyją głównie w zwierzętach, a żeby człowiek złapał taką np. motylicę wątrobową musiałby co najmniej żywić się surowym mięsem.

Jakież było moje zdziwienie, gdy 20 lat później zaczęłam szukać przyczyn alergii i wielu innych nieprawidłowości dręczących moją rodzinę, a na liście potencjalnych patogenów zawsze znajdowałam taki lub inny rodzaj pasożyta.
Skąd jednak te pasożyty, skoro nie żywimy się tatarem, a w badaniach nigdy nic nikomu nie wychodzi? Nie wychodzi, czyli nie ma, prawda?
Niekoniecznie.

Dr Wartołowska pisała już o tym dekady temu i bardzo jej artykuł polecam – w skrócie jednak tylko powiem, że z jej praktyki wynikało jasno, że czasem nawet kilkudziesięciokrotne powtórzenie badania kału nie wykaże obecności jaj ani robaków, zaś kuracja przeciwpasożytnicza – pomimo braku pozytywnego wyniku badania – przyniesie ulgę w astmie, alergii, egzemie. Tym samym dr Wartołowska postanowiła traktować objawy alergiczne jako dowód na zasiedlenie robakami – pozbywała się ich, a stan ciężko alergicznych i astmatycznych pacjentów wyraźnie się poprawiał.

U nas jednak było lekko inaczej. Dwójka z moich dzieci objawiała okresowo nieprzemożoną chęć pochłaniania słodyczy. Niewiele takich produktów pojawia się u nas w domu, a jednak w takich okresach buszowali wciąż po wszystkich zakamarkach, a na trawie za garażem potrafiłam znaleźć papierki od cukierków, których nigdy nikt u nas nie kupuje. Nawet nie chcę myśleć, skąd one się tam wzięły.
Ten pociąg do cukru bywał tak intensywny, że miałam wrażenie, że coś wręcz nimi rządzi.
Nie miałam większych wątpliwości, że tak może objawiać się działalność pasożytów i zaczęłam zastanawiać się, jak by do tego podejść. Znajoma wcisnęła mi radzieckie urządzenie czary-mary o wdzięcznej nazwie Radamir. Powiedziała, że jej mama pozbyła się dzięki niemu ‘całego zoologa’.
W teorii urządzenie wysyła różne długości fali i wprowadzając patogeny w rezonans, zabija je. Program trwa godzinę, fale wysyłane są przez bransoletki na nadgarstkach, więc można stosować dzieciom przez sen. Z braku lepszych pomysłów i bardzo sceptycznie, postanowiłam dać Radamirowi szansę.
W ciągu następnych 2 tygodni, oba żarłoki się uspokoiły, jakby źródło ich dziwnych przymusów zostało nagle wyeliminowane.
Radamira z wdzięcznością oddałam i uznałam, że coś musi być na rzeczy.

Mniej więcej po pół roku sytuacja się powtórzyła, znów pożyczyłam urządzenie na 2 tygodnie i znów podziałało.
Na tym etapie chciałam już kupić Radamira na własność, ale niestety okazało się, że nie jest już dostępny. Zaczęłam więc szukać jakiegoś sensownego zappera z bransoletkami i odkryłam że, niełatwo taki znaleźć.

Tymczasem nasza pięciolatka zaczęła zachowywać się dziwnie – zrobiła się słaba, ospała, nie miała siły wejść po schodach, przestała jeść i rosnąć, miała podpuchnięte oczy i cienie. Po kilku lekcjach musieliśmy wypisać ją z wymarzonego baletu, bo ćwiczenie za bardzo ją męczyło. W ciągu roku spadła z 50-tego centyla, na którym trwała twardo od urodzenia, na trzeci! Miała podkrążone oczy i zły humor.

Morfologia w porządku, więc doktor wysłał nas na badanie tarczycy oraz polecił zbadać robaki, a zwłaszcza lamblie. Testy na pasożyty wyszły ujemne, zaś tarczyca była ewidentnie w stanie zapalnym – Doppler wręcz świecił na biało.
Myśl o robakach nie przestawała mnie dręczyć, więc po roku przeróżnych badań uznałam, że skoro skończyły mi się opcje medyczne, będę szukać po swojemu. I znów, z poważną rezerwą, postanowiłam zrobić badanie kropli krwi rezonansem we wrocławskiej Poradni Hipokratesa. Oprócz worka pieniędzy na badanie całej rodziny nie miałam nic do stracenia.
Wyniki przyszły co najmniej zastanawiające: części z nas wyszły robaki, części nie wyszły robaki, za to pokazały się wirusy, w tym EBV.
Małej akurat wyszła glista, EBV, paciorkowiec i drożdżaki. Każdy miał coś innego, a Starszakom w ogóle robaki nie wyszły.
Już samo to wydało mi się podejrzane, bo zaprzeczało mojemu dotychczasowemu pezkonaniu, że jeśli robaki pojawiają się w rodzinie, to są u wszystkich i u wszystkich takie same. Zastanowiła mnie jednak obecność EBV (przeszłam mononukleozę na studiach) i to że właśnie wirus Epsteina-Barr pojawił się na liście sugestii naszego pediatry. Pomyślałam, że w świetle mojego sceptycyzmu niekonsekwentne byłoby przyjęcie tylko części tego wyniku, która zgadza się z podejrzeniem zaufanego doktora, a odrzucenie drugiej części, bo wydaje mi się nieprawdopodobna. Uznałam, że albo akceptuję cały wynik albo nie akceptuję go wcale. Ponieważ i tak nie miałam lepszych pomysłów, postanowiłam przyjąć wynik w całości.

W zaleceniach postępowania była m.in. czterotygodniowa kuracja przeciwpasożytnicza lekiem Zentel. Nie chciałam używać chemii, ale poczytałam u doktora Owsika, że nie wchłania się z przewodu pokarmowego, że zabija tylko robaki, jest w ogóle nietoksyczny, więc zastosowaliśmy Zentel całą rodziną – 1 dawka raz w tygodniu przez 4 tygodnie. Proste. Ale tylko w teorii.
Bo wtedy oto poznałam, czym jest reakcja Herxheimera, potocznie zwana Herxem.

HERX
Wkrótce po wypiciu pierwszej buteleczki Zentelu zaczęło mnie tak potwornie swędzieć całe ciało, że myślałam, że się wścieknę. Obumierające pasożyty wyrzucają z siebie masę toksyn, co powoduje takie reakcje jak swędzenie, ból głowy czy nudności. W moim przypadku stało się to niemal natychmiast. Jednym ze sposobów na przyspieszenie wydalania toksyn z organizmu jest wypocenie ich w saunie. Ponieważ nie mam sauny, weszłam do wanny z gorącą wodą, masą soli Epsom i sody oczyszczonej. Dopiero po dwóch godzinach koszmarne swędzenie w końcu przeszło i mogłam przestać zachowywać się, jak dzika małpa.
Tydzień później reakcja była podobna, choć mniej intensywna, za każdym jednak razem musiałam swoje w tej wannie odsiedzieć. Myślę, że bez tych kąpieli odgryzłabym sobie głowę.
Piszę o tym po to, żeby zaznaczyć, że gorące kąpiele w solach to jedna z metod usuwania toksyn z organizmu przez skórę. Może komuś się przyda.

Korzyści odrobaczania

  • Nasza sześciolatka nagle zaczęła jeść i rosnąć. Przez pierwsze tygodnie była tak głodna, że wstawała w nocy, żeby coś dopchnąć. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy urosła 3 cm.
  • Nasza najstarsza córka (od mniej więcej dwóch lat mało zadowolona, trzaskająca czasem drzwiami nastolatka), nagle zaczęła zaczęła z nami siedzieć w kuchni i rozmawiać, jak normalny człowiek. Nie mogłam w to uwierzyć! Efekt zmiany nastawienia do świata był tak dramatyczny, jakby po dwóch latach ktoś ją nagle oddał.
  • Na własne oczy zobaczyliśmy wypłukane glisty (tylko niektórzy) i przestaliśmy myśleć, że 1. nie dotyczą mieszkańców higienicznego świata, 2. dotyczą wszystkich zamieszkujących pod jednym dachem.
    Jeśli chodzi o same glisty, to wydaje się, że wystarczy mieć dziecko w przedszkolu, żeby mieć z nimi kontakt. A  przy założeniu, że jedna dorosła glista produkuje 200 000 jaj dziennie, a dzieci niekoniecznie dokładnie myją ręce i dłubią w nosie, a potem bawią się wspólnymi zabawkami… nie wydaje mi się, że można się przed nimi uchronić.
    Ciekawe, bo zgłosiłam ten fakt do dyrekcji z prośbą o przekazanie pozostałym rodzicom, jednak informacja nigdy do nich nie trafiła. Jakoś tak to jest, że wydaje się nam, że to problem nielicznych i wystarczy zamknąć oczy, żeby zniknął. Jednak wkrótce, już świeżo wytrenowanym okiem obserwowałam przedszkolaki podczas jasełek i 90% z nich miało podkrążone, opuchnięte oczy i dość blade twarze. Może to i nie dowód, ale jakaś wskazówka, że skoro w tym przedszkolu są jaja, to może i są nosiciele. Nie sądzę jednak, że nasze przedszkole różni się czymkolwiek od każdego innego. Tak to już jest – dzieci się zarażają i już. Warto więc wiedzieć, na co zwracać uwagę.
  • Ja osobiście przeżyłam największy szok ze wszystkich, gdy wypłukałam sobie z wątroby… motylicę! Nie było jej w wyniku, nie miałam pojęcia, że w ogóle mogłabym ją mieć, surowego mięsa nie tknęłam nigdy w życiu, nie mam też w zwyczaju popijać obornika. A jednak, wypłukane 6-centymetrowe bydlę kształtu i mięsistości plastra pieczarki wbiło mnie w podłogę.
    Nijak nie wyglądało, jak przywry w podręcznikach, nie miałam pojęcia, co to może być.
    Może jednak pieczarka?
    Zadzwoniłam do koleżanki zielarki, która skomentowała to tylko jednym zdaniem: ‘No, chyba gryziesz?’.
    No chyba gryzę.
    Faktycznie, nie mam w zwyczaju połykać plastrów pieczarek w całości.
    Zaczęłam więc szukać po grupach fejsbukowych i okazało się to oczywiste dla wszystkich zaznajomionych z tematem (dzisiaj też bez problemu rozpoznaję je na wrzucanych przez ludzi zdjęciach) – bezdyskusyjnie przywra.
    Potem dopiero dowiedziałam się, że bynajmniej nie trzeba jeść surowego mięsa, żeby ją do siebie zaprosić. Nosicielem pośrednim jest ślimak, a przenikanie odbywa się również przez skórę, wystarczy więc dotknąć ślimaka, zjeść truskawkę z krzaka, po której się przeszedł, postać boso w kałuży, mokrej trawie lub wykąpać się w jeziorze!
    Czyli każdy, kto wychodzi z domu jest narażony, a ja przy obciążonej latami przeróżnych leków wątrobie, miałam niewielkie szanse zwalczyć ją samoistnie. Do tego dochodzi możliwość zakażenia przez ryby, rośliny wodne i na milion innych sposobów. Szach-mat, paniusiu.
    Co jednak ważne, resztki robaków zobaczyłam dopiero przy płukaniu wątroby i spodziewam się, że jest to niezbędne działanie przy tego typu zasiedleniu. Te przywry są duże i z czasem potrafią się naprawdę tam rozgościć. Gdy się je zabije, truchła wciąż pozostają w środku organu i trzeba im pomóc się wydostać.
    Powtarzałam płukanie regularnie do czasu, gdy przestałam czuć ucisk pod prawym żebrem.
    Przez długie tygodnie pozbywałam się resztek robaków, które najpierw wyglądały jak posiekane pieczarki (podobno im starsze tym bardziej brązowe), potem kawałki marchewki, a na końcu same pomarańczowe łuski. Gdy kończą się łuski, proces oczyszczania jest najprawdopodobniej zakończony.
    U mnie trwało to kilka miesięcy, na grupach robalowych czytam wypowiedzi ludzi, którym zabiera to i 2 lata.
    Mam więc silne przekonanie, że po odrobaczaniu trzeba choć raz oczyścić wątrobę, bo jeśli motylica w niej jest, to sama się tak łatwo nie ewakuuje.

Efekty uboczne
Reszta rodziny nie miała Herksa, za to mojemu Mężowi zaczęły pojawiać się wykwity na skórze, które zeszły mu dopiero po odtruciu bentonitem.
Mi całkiem siadł żołądek. Trawienie zatrzymało się tak całkowicie, że brzuch spuchł mi do rozmiarów ósmego miesiąca ciąży, a nogi drętwiały mi tak, że wolałam się czołgać. Mnie też uratował bentonit, a potem systematyczne zakwaszanie żołądka octem.
Dzieci dostały najmniejszą dawkę i nie miały żadnych efektów ubocznych, same pozytywne.

Prawdą jest, że nie zastosowaliśmy się do wszystkich instrukcji zawartych w zaleceniach do wyniku – gdybyśmy to zrobili, pewnie byłoby nam lepiej.
Ale ewidentnie też, wbrew temu co twierdzą lekarze, nie do końca ta przeciwpasożytnicza chemia ‘nic nie robi’. Pojawiają się nawet opnie, że działa jak antybiotyk, więc warto stosować probiotyki, zioła, porządnie o siebie w tym czasie zadbać. A potem koniecznie zadbać o wątrobę.

Z dwojga złego jednak cieszę się, że Zentel zastosowaliśmy, bo efekt był szybki i jednoznaczny. Gdyby nie to, co zobaczyłam i jaki postęp uruchomił się od razu w dzieciach, mogłabym nie zyskać takiej pewności, jaką mam teraz, że robaki to zło i nie warto przymykać na nie oczy.
Myślę, że profilaktycznie można stosować zioła (choć moje dzieci ich nie akceptują i za żadne skarby nie przełkną).


Dlaczego nie wszyscy chorują z powodu pasożytów

Po kilku latach obecności na różnych grupach i obserwacji doświadczeń ludzi z całego świata doszłam do wniosku, że z pasożytami jest dokładnie tak samo, jak z wirusami, bakteriami, truciznami i wszystkim innym, co uważamy za szkodliwe. Grupa ludzi może mieć kontakt z tym samym patogenem, ale dopóki sobie z nim radzi, choroba nie wystąpi. Jesteśmy przystosowani do funkcjonowania wśród wielu szkodliwych mikrobów i substancji. Nie chodzi więc o to, żeby je wszystkie zwalczyć – chodzi o to, żeby mieć silny organizm, który będzie je trzymał pod kontrolą, a czasem wręcz czerpał z ich obecności korzyści. Bo są i pozytywne aspekty niektórych pasożytów; od dawna wiemy o pożytecznych bakteriach, wirusy też nam czasem służą, a w większości są zupełnie obojętne (tzw. wirus pasażer). Jak dotąd nie znalazłam informacji o pożytecznym działaniu pleśni, ale może i takie są. Generalnie patogeny zwalczamy wtedy, gdy zaczynają powodować chorobę.

Myślę, że warto się odrobaczać ziołami, pestkami dyni, naturalnymi preparatami, zapperami profilaktycznie. Warto też dbać o szczelne śluzówki jelita (MSM), żeby utrudnić robakom wczepianie się, a może przede wszystkim warto pilnować niskiego pH żołądka, żeby trawić jaja i nie dopuszczać do zagnieżdżenia się dorosłych pasożytów. Kilka, zwalczanych na bieżąco sztuk nie zrobi nam krzywdy – przecież w ich interesie jest niezabicie gospodarza. Gorzej, gdy zaczynamy z nimi przegrywać, a one zaczynają nas dosłownie zjadać od środka. Wtedy w mojej ocenie warto walczyć na ostro. Przynajmniej po efektach w naszej rodzinie sądzę, że to było słuszne działanie.

Jest też teoria zgodnie z którą lepiej nie stosować ziół do walki, bo jeśli okażą się zbyt słabe, robaki zamiast umrzeć, czmychną z jelita i przemieszczą się np. do oka czy mózgu. Jak już mówiłam, chwalę sobie tą ostrą akcję z Zentelem, ale obserwuję też ludzi stosujących mieszankę ziół Humaworm i nie mam powodów sądzić, że wszystkie zioła są niewystarczająco skuteczne. Wręcz przeciwnie, ich ‘sukcesy’ wbijają czasem w fotel. Zamierzam się kiedyś na nie skusić 🙂

My w końcu kupiliśmy generator fal Spooky2 GX, ponieważ ma możliwość podłączenia dwóch osób równocześnie, a na dodatek tysiąc innych opcji łącznie z laserem, którym przyspieszałam sobie przyjmowanie się przeszczepionych opuszków. Spooky2 nie jest intuicyjną maszynką, w której wciska się guzik i zapomina, choć z chęcią bym taką posiadła 🙂
Jest za to niezwykle rozbudowaną w opcje maszyną Rife’a i cieszę się, że w nią zainwestowaliśmy.
Gdy nasza drugoklasistka przyniosła owsiki ze szkoły, nie stosowałam żadnej innej terapii poza programami zappowania. Efekt nie był natychmiastowy, ale po kilku nocach (bo zapuszczam je w nocy na plastrach lub skarpetkach TENS) Mała czuła się lepiej i sama się dopominała o włączanie programów.
O ile jednak wiem, nasz polski Sweeper jest znacznie łatwiejszy w obsłudze, a również skuteczny i znam kilka osób, które się z jego pomocą wyleczyły np. z boreliozy.

Spooky2 GX

 

 

 

 

 

Laparoskopowych filmów horrorystycznych w sieci nie brakuje, ale dla unaocznienia problemu zamieszczam tylko link do jednego z nich. Nie dla słabeuszy 🙂

https://www.medicalvideos.com/video/13357/parasites-accidentally-seen-during-colonoscopy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Join Waitlist Poinformujemy Cię kiedy produkt będzie znów dostępny.Proszę wpisać swój adres email poniżej.